Albert Ciesielski – To be a champion

Piotr/ 29 marca, 2019/ Karate-do, Ogólne/ 0 comments

Cześć Albert, cieszę się, że udało nam się porozmawiać, bo wiem, że twój terminarz jest mocno napięty. Dopiero co wróciłeś z Lwowa, gdzie trenowałeś z Union Lwów u jednego z najbardziej cenionych trenerów Antona Nikulina.

Cześć Piotr. Dzięki uprzejmości Antona Nikulina, miałem możliwość i przyjemność kolejny raz gościć we Lwowie. Muszę przyznać, że atmosfera na treningach jest świetna, a koledzy z maty nie dają mi odczuć, że jestem „outsiderem”. Jednak kiedy jest robota, to jest robota i nie ma pobłażania. Wszyscy wiemy, po co tam jesteśmy.Tak jak mówi motto klubowe „To be a champion”. Po każdym tygodniu spędzonym we Lwowie, wracam z ogromną motywacją i zadaniami domowymi do przepracowania w Warszawie. Tak jak często mówię – tydzień tam, to jak trzy miesiące pracy w domu. Mam nadzieję, że ta współpraca z „Unionem” szybko się nie zakończy i będę mógł pojawiać się we Lwowie regularnie.

Wróćmy parę miesięcy wstecz, kiedy, to podczas jednego ze sparingów złamałeś rękę. To skomplikowane złamanie, w oczach niektórych lekarzy oznaczało, że nie wrócisz już do rywalizacji w karate…

To był dokładnie 5 sierpnia – godzina 11.00, ranny trening, ostatnie sparingi zadaniowe na obozie „Farmex Camp” na Słowacji. Pozornie niegroźna sytuacja, jakich wiele na każdym treningu… Podczas upadku na matę coś nie tak się ułożyło w stawie łokciowym i kiedy spadłem na rękę całym ciałem – stało się… Od razu wiedziałem, że ręka jest złamana.Kiedy zdjąłem kimono ręka była zgięta w połowie przedramienia, wyglądało to makabrycznie. Jeden ze słowackich trenerów od razu tę rękę mi nastawił, dzięki czemu nie wystąpiła duża opuchlizna i jak się później okazało, skróciło to moją rehabilitację o około 2 tygodnie. Na pogotowiu na Słowacji na rtg widać było, że kość promieniowa jest złamana, po konsultacji w Warszawie wiedziałem, że jest poważnie złamana, a po tomografii okazało się, że niezbędna jest skomplikowana operacja… I to szybko. Najgorsze było to, że nie tylko kość promieniowa była roztrzaskana, ale zerwane były również wszystkie możliwe więzadła. Zespół operacyjny w warszawskiej „Ortopedice” spisał się na medal i dostałem od nich zupełnie nowy łokieć. Wiadomo było, że czeka mnie długa i ciężka rehabilitacja. Oj, ile pracy i wyrzeczeń (nie tylko mnie), to kosztowało, to wie tylko zespół rehabilitacyjny „Lentamediki”, moja rodzina i najbliżsi przyjaciele, którzy z jednej strony wspierali mnie w tej walce każdego dnia, a z drugiej nie mogli się nadziwić tej determinacji i ogromowi pracy jaki w to wkładałem.

Jakie towarzyszyły Ci w tamtym momencie emocje? Podjąłeś przecież decyzję o walce o Igrzyska Olimpijskie…

Pytasz, co czułem…Może to dziwnie zabrzmi, ale miałem doła przez godzinę po złamaniu. Bólu nie czułem, ale siedziałem z zimnym okładem i zadawałem sobie pytania „Czy to jest znak, że mam dać sobie spokój z dziecięcymi marzeniami? Czy mimo wszystko mam iść do przodu, nie zważając na przeciwności losu?”Powiedziałem sobie: „Tak się piszą wielkie historie, NIE PODDAM SIĘ !”
Trzy dni po operacji byłem już na sali treningowej i ćwiczyłem pracę na nogach oraz kizamkę drugą ręką. Lewa ręka sobie dyndała bezwładnie, a całą resztą ciała starałem się trenować normalnie. Poza treningami karate były jeszcze codzienne rehabilitacje w „Lentamedice”, cały wolny czas ćwiczyłem dodatkowo sam.Powiedziałem sobie, że spróbuję wszystkiego, żeby jak najszybciej wrócić na tatami – wszystkiego! Terapia manualna, akupunktura, masaże, maści, okłady z lodu, bioenergoterapia, pijawki, tańce deszczu, ukłony ku słońcu – WSZYSTKIEGO! Co pomogło? Chyba ta ogromna determinacja, systematyczność, pozytywne nastawienie, wsparcie ludzi dookoła i wiara… Wiara w to, że wszystko jest możliwe, wiara w to, że dam radę!

Gratuluję Ci świetnego powrotu po kontuzji. Aż nie do wiary, że tak naprawdę 2 miesiące temu pierwszy raz wyprostowałeś rękę po kontuzji, a już pojawiły się znaczące sukcesy – brązowy medal na turnieju w Bratysławie oraz 4 wygrane walki w turnieju Series A w Salzburgu. Opowiedz jak wyglądał powrót do formy.

Początkowo wiedziałem, że wrzesień muszę odpuścić, ale liczyłem na to, że uda się powalczyć o miejsce w reprezentacji narodowej do Madrytu. Niestety, jedyna rzecz jakiej nie udało się pokonać to czas.Jednak nie zapomniałem o zasadzie „Nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że wymaga czasu. Czas i tak upłynie”. I przyszedł 8 grudnia i Memoriam Rudolfa Farmadina na Słowacji. Postanowiłem sprawdzić, czy ręka już jest w stanie walczyć. Zdobyte na tym turnieju 3 yuko lewą ręką, były cenniejsze niż niemal wszystkie moje medale razem wzięte. Mogłem wrócić do treningów na 100% i do rywalizacji na najwyższym poziomie.Podczas tego turnieju zdobyłem brązowy medal, który razem ze zdjęciem z podium oprawionym w ramkę zawiozłem mojemu ortopedzie i powiedziałem „Ten należy się Panu, ja dzięki Panu jeszcze kilka zdobędę”. Resztę historii już znasz – ciężki obóz przygotowawczy od początku stycznia, Lwów, Bratysława, Salzburg, Lwów, Tczew, a teraz dosłownie za chwilkę Guadalajara i piszemy kolejny rozdział tej przygody.Trochę się rozgadałem, ale cały czas ta historia wywołuje we mnie ogromne emocje…

Cofnijmy się jeszcze dalej … O ile dobrze pamiętam, to 6 lat temu zakończyłeś swoje starty w karate. Dlaczego wówczas podjąłeś taką decyzję i co robiłeś przez ten czas?

Tak, to były Mistrzostwa Polski 2012. Udana walka finałowa z moim odwiecznym „rywalem” Szymonem Grzywaczem i zdobycie tytułu mistrza Polski. Tak naprawdę ta decyzja była podjęta dużo wcześniej. Już od dwóch lat mieszkałem w Warszawie, trenowałem MMA, przygotowywałem się do debiutu w oktagonie i już nie ćwiczyłem na co dzień karate. Na Mistrzostwa Polski pojechałem się „pobawić”. Stwierdziłem, że skoro miałem „dzień konia” i wszystko mi się udało, to wykorzystam tę sytuację i z pierwszego miejsca podium oficjalnie zakończę „karierę” oraz podziękuję całemu środowisku karate za tę wspaniałą przygodę. W końcu wychowałem się na tatami.Później była krótka, ale intensywna przygoda z MMA, własny biznes, rozwój zawodowy, związek z moją wieloletnią, wspaniałą „drugą połówką” i jak to się mówi – proza życia codziennego.

Co takiego w takim razie zmotywowało Cię do powrotu do karate po latach?

Powód powrotu? To proste – „Olympic dream”! Jak trenowałem MMA, robiłem to z pełnym zaangażowaniem i na 100% (jak wszystko w życiu), ale po czasie widzę, że to była potrzeba sprawdzenia się, wejścia do klatki i walki na 100% – wojny, zaspokojenia pierwotnych, męskich instynktów. Po 6 walkach miałem dłuższą przerwę z powodów rodzinnych, później chciałem wrócić do walk zawodowych, jednak to już nie było to. Głód „wojny” został zaspokojony i nie mogłem już wejść w ciężkie przygotowania na 100%. A jak nie robię czegoś na 100%, to nie robię tego w ogóle.

W mojej przygodzie z karate zawsze marzyłem o Igrzyskach Olimpijskich. Mówiono, że Pekin 2008, mówiono, że Londyn 2012… W końcu nic z tego nie wyszło. Wiadomo było, że w Rio 2016 też przełomu nie będzie. W 2012 roku pogodziłem się z tym, że Igrzyska nie będą mi dane. Głową muru nie przebiję. Karate nie jest w programie Igrzysk Olimpijskich.

Sytuacja zmieniła się w 2017 roku, kiedy dowiedziałem się, że karate zadebiutuje na Igrzyskach w Tokio 2020. Pomyślałem: „Na to czekałem całe życie!!! Obiecałem sobie i najbliższym mi osobom, że zrobię wszystko, WSZYSTKO co mogę, żeby zawalczyć o to marzenie. Że nawet jeżeli nie pojadę do Tokio, to będę mógł spojrzeć w lustro za 10 lat i powiedzieć, że dałem z siebie wszystko!!!

W Bratysławie i w Salzburgu poczułem, że to na tatami naprawdę się spełniam, że to karate daje mi w życiu najwięcej satysfakcji, że to właśnie po to się urodziłem… URODZIŁEM SIĘ PO TO, ŻEBY ZOSTAĆ MISTRZEM OLIMPIJSKIM W KARATE!

Zgodzisz się ze mną, że karate na przestrzeni ostatnich lat mocno się zmieniło i cały czas ewoluuje. Co z Twojej perspektywy zmieniło się najbardziej? Jak odnajdujesz się w nowych realiach?

Zmieniło się i to bardzo. Podzielę to na kilka aspektów… Przepisy – kiedy walczyłem ostatni raz na ME WKF było 3 sędziów bocznych, sędzia planszowy miał głos decydujący i mógł sam podejmować decyzje, można było łapać dwoma rękoma, szarpać się do 3 sekund, a za wielokrotności ostrzeżeń przeciwnik dostawał punkty. Można by zażartować, że był to zupełnie inny sport.

Styl walki – w każdym sporcie jest tak, że to przepisy i tendencje w sędziowaniu niejako prowokują styl walki, więc on też się zmienił. Teraz jest więcej wymian w krótkim dystansie, ale do tego dystansu trzeba wejść jednym długim wejściem. Dużo szybciej pracuje się na nogach, teraz nawet jak stoisz to skaczesz. I zawodnicy są jeszcze szybsi, „czutka” i czas reakcji dzisiaj to jakiś kosmos!

Sport olimpijski – widać ze młode pokolenie trenuje już zupełnie inny sport niż my 20 lat temu. Jadę na zawody z obsadą międzynarodową, ale niższej rangi, oglądam konkurencje dziesięcio-, dwunastolatków i co widzę? „Małych seniorów”, zawodników szybkich, eksplozywnych, świetnie wyszkolonych technicznie i co najważniejsze – rozumiejących walkę i taktykę walki. A ilu ich jest! Na zawodach bez wielkiej rangi Ci chłopcy i dziewczynki muszą wygrać czasem 6-7 walk, żeby wygrać turniej. To jest niesamowite. Ja w ich wieku robiłem kihon-ippon kumite! (ciekawe czy młode pokolenie wie co to jest :P). No i status dyscypliny olimpijskiej stawia nasz sport w zupełnie innym świetle – rośnie zainteresowanie mediów! Było to świetnie widać po ostatnim sukcesie Dorotki Banaszczyk. Do Madrytu poleciała nikogo nieinteresująca reprezentantka Polskiej Unii Karate, a wróciła Mistrzyni Świata, nasza nadzieja Olimpijska! Dwunaste miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego – przedstawicielka karate. Super, niech mówią o naszym wspaniałym sporcie jak najwięcej. Dla mnie jest to ogromna radość i satysfakcja.

Albert 6 lat temu i Albert teraz to zupełnie dwie inne osoby… Dużo zmieniłeś w swoim podejściu do walki, mocno pracujesz nad sferą mentalną.

Albert dzisiaj, to przede wszystkim dorosły, dojrzały człowiek, ze swoim bagażem doświadczeń, tych dobrych i tych mniej przyjemnych. To zmienia optykę na wiele kwestii, każde doświadczenie budowało mnie takiego, jakim jestem dzisiaj. Czasami słyszę „Gdybyś został w karate i cały czas trenował, to byłbyś teraz w innym miejscu”, albo „Straciłeś te 6 lat”. Jestem innego zdania. To znaczy, na pewno byłbym w innym miejscu, ale nie wiem czy byłoby to dobre miejsce. Teraz czuję, że może nie w linii prostej, ale na pewno idę w kierunku, w którym chce iść. Nie można połączyć kropek patrząc w przód. Nie wiesz, co będzie jutro. Możesz połączyć kropki tylko patrząc wstecz. Nie żałuję żadnego doświadczenia, które los rzucił mi w ostatnich latach, nie żałuję zakończenia kariery karate, nie żałuję przygody z MMA, nie żałuję ryzyka prowadzenia swojego biznesu i wszystkich „stresów” z tym związanych, nie żałuję życia w związku, mimo trudnych sytuacji, jakie między ludźmi żyjącymi razem się zdarzają, nie żałuję powrotu do karate i nerwowego lepienia finansowo jednego miesiąca z drugim i wkładania każdej wolnej złotówki w sport, nie żałuję sprzedaży studia treningowego, o którym kiedyś marzyłem i budowałem ładnych kilka lat, tylko po to, żeby jeszcze bardziej poświęcić się przygotowaniom. I w końcu nie żałuję tej złamanej ręki, bo po czasie widzę, że gdybym jej nie złamał, to nie wydarzyło by się wiele dobrych rzeczy i nie poznałbym wielu wspaniałych ludzi, ale to temat na inną rozmowę, bo troszkę uciekliśmy od tematu…

Mam teraz genialny sztab przygotowawczy. Jest Mateusz Jasiński – trener movemet-u i trener mentalny, jest Jacek Santorski – psycholog, którego nie trzeba przedstawiać. Fizjoterapeuci „LentaMedica” Tomek Korlacki i Patryk Legut. Jest Michał Mierzejewski, mój sparingpartner w Warszawie, Sergiej – masażysta, od niedawna jest z nami też Anna Krystecka, ekspert ds. marketingu i komunikacji, oraz Radek Wojak, który pomógł ten sztab stworzyć. I myślę, że nie obrazi się, że go tu wymienię – Anton Nikulin, który bardzo mi pomaga. Jest firma Kolorgraf, dystrybutor firmy Dae-do w Polsce, dzięki której nie muszę już walczyć na zawodach w pożyczonym sprzęcie. Wszyscy Ci ludzie zaangażowali się w ten zespół bezinteresownie, zobaczyli potencjał w człowieku, który z ogromną determinacją  goni swoje życiowe marzenie.Dlatego korzystając z okazji – dziękuję im wszystkim za wiarę we mnie i ogrom pracy, jaki wkładają w moje przygotowania.

Opowiedz proszę o swoim rytuale przedstartowym. Wiem, że w tym aspekcie dużo się u Ciebie zmieniło…

Od Jacka Santorskiego usłyszałem pojęcie „energyflow”. Nasza energia życiowa jest dobrem, którym musimy zarządzać dokładnie tak samo, jak czasem czy pieniędzmi. Jeżeli zmarnujemy ją na rozgrzewkę, to może zabraknąć jej na turniej, w którym trzeba stoczyć siedem walk, i nie chodzi mi o „tlen”, tylko o koncentrację, to jest najbardziej pożądane dobro w sportowym karate. Nie chodzi jednak o to, żeby się nie rozgrzewać. Chodzi o to, że niektórzy zawodnicy, szczególnie młodsi, wychodzą do pierwszej walki , jak do trzeciej. I nawet przechodzą jedną, czy dwie rundy, ale gdy turniej nabiera tempa, poprzeczka rośnie, a koncentracja ucieka,to zdarza się, że przegrywają decydujące walki przez „głupie błędy”. Wiem o czym mówię, bo kiedyś robiłem dokładnie tak samo…
Od Mateusza Jasińskiego usłyszałem, że muszę odnaleźć wewnętrzny spokój – w życiu, a to przełoży się na spokój na macie. Nie odwrotnie! Inaczej zawsze będę nadaktywny, nadpobudliwy i będę się spalał jeszcze przed walką.Kiedy wróciłem do karate po MMA, chciałem wychodzić na tatami jak do klatki, jak na wojnę. Walczyć całym sercem, jak tylko mogę.Anton Nikulin w jednej z naszych rozmów powiedział mi jednak „Karate is not fight sport, karate is a touch sport. Psychology must be different”. I to jest prawda. W karate serce wkładasz w przegotowania, na turnieju walczy głowa.

W naszej ostatniej rozmowie usłyszałem od Ciebie pojęcie „egoizmu przedstartowego”. Absolutnie zgadzam się z Tobą w tym temacie, ale chciałbym Cię prosić, żebyś dla naszych Czytelników rozwinął swoją myśl.

Pojęcie „egoizmu przedstartowego” ma bezpośrednie odniesienie do „energyflow”. Jedziemy na zawody z klubem, z reprezentacją, jesteśmy teamem i fajnie jest, jak ten team trzyma się razem i można liczyć na wsparcie, ale w końcowym rozrachunku, to ja wychodzę na tatami i to mój wynik jest dla mnie najważniejszy. To normalne i nikt w teamie nie powinien mieć pretensji. Ba! Każdy w teamie powinien myśleć tak samo. Najczęściej jest tak, że zawody rangi Mistrzostw Europy czy Świata trwają 3-4 dni, Mistrzostwa Świata w Madrycie trwały chyba nawet dłużej. Ale Ty przyjechałeś tutaj na 3 godziny. Na te 3 godziny pracowałeś przez ostatnie miesiące i zbierałeś energię przez ostatni tydzień. To musi być kumulacja, eksplozja – wtedy można zrobić wynik na turnieju tej rangi. Jako młody zawodnik, byłem zachwycony i dumny, że mogę uczestniczyć w takich imprezach. Spotkać swoich idoli i „zawalczyć” wśród nich. Siedziałem na hali całe dnie, wydawało mi się, że się nakręcam, że łapię klimat, że to dobre podejście, ale niestety tak nie było… Nie ma opcji, żeby obserwowanie walk przez kilka godzin, nie kosztowało Cię energii. Może tego nie czujesz, ale tatami to zweryfikuje. W tym całym „egoizmie przedstartowym”, chodzi więc o to, żeby pozostałym zawodnikom z ekipy kibicować, pomagać na rozgrzewkach, wzmacniać ich, ale po twoim starcie.W dniu twojego startu nie ma Cię dla nikogo… Teraz mamy social media – widać na Instagramie w czasie zawodów Series A, że kiedy jedni walczą na tatami, inna część ekipy jest na spacerze w mieście i resetuje głowę. Najlepsi tak robią! Zatem jeżeli chcesz być najlepszy też tak rób…
W Salzburgu w dzień mojego startu na 1,5 h przed konkurencją byłem jeszcze w hotelu i kumulowałem energię. Godzinę przed startem pojechaliśmy na halę i poszedłem od razu do szatni dla zawodników. Nawet nie widziałem sali i trybun. Pierwszy raz tego dnia zobaczyłem tatami dopiero, kiedy na nie wychodziłem, jako główny bohater kolejnej walki. Muszę Ci powiedzieć, że dostałem taką energię z hali i trybun, że czułem się jak w transie. Moja forma fizyczna jeszcze nie jest szczytowa po kontuzji, ale z taką głową jak w Salzburgu – wiem, że będę góry przenosił.

Jakie zatem masz plany na najbliższą przyszłość?

Najbliższa przyszłość? Jak najszybciej dostać się do pierwszej setki światowego rankingu. Powód? Oczywisty – regularne starty w Premiere League. Także najbliższe kluczowe starty to Series A w Istambule w maju i w Montrealu w czerwcu. To w kwestiach sportowych. W kwestiach pozasportowych – mam nadzieję, że w końcu uda mi się pozyskać finansowanie na kontynuowanie przygotowań i dalszą walkę o Igrzyska. Ludzie w sztabie mają ogromne pokłady dobrej woli i zaangażowania, ale bez końca „pro bono” pracować nie mogą. A co gorsze skończyły mi się już pieniądze na wyjazdy.  Sprzedałem już wszystko co miałem, jedyna opcja to pozyskanie sponsorów do kontynuowania tej przygody. Wierzę, że jest to możliwe – może ta nasza rozmowa dotrze do kogoś, kto ma ochotę i możliwości wesprzeć mnie w drodze po Olimpijskie Złoto…

Życzę Ci z całego serca powodzenia i trzymam mocno kciuki.

Serdecznie dziękuję.

Share this Post

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>
*
*